Gdybym była zwiewna, opływowa i eteryczna, jak secesyjna klatka na jazgoczące przekurewsko papużki, kanarki czy inne ptactwo, pomyślałabym tuż po przebudzeniu, jak to kocham, ach och i całowała w uszko czule, i kizimiziała po meszku na buzi, i mdlała w zachwycie na przemian z rozbryzgiwaniem się po ścianach i innych powierzchniach płaskich, z zachwytu takoż. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, i żeby się wpierdoliło pół Zakładów Przetwórstwa Mięsnego Grot w Bełchatowie, to zawsze jednak pozostaje delikatna chęć na serniczek. A zamiast serniczka mam egzamin z filozofii i perspektywę wakacji w październiku.
Tymczasem jadę spokojnie tramwajem w zaduchu potu, moczu, niepranych gaci, zmiętolonych truskawek, wród zadyszanych dziadów wymoczonych w naftalinie, nieletnich matek z nieletnimi dziećmi, które drą ryje jak syreny przeciwmgielne, do tego jeszcze rumuni grają na rozstrojonych akordeonach, tymczasem dzień to zwykły, robotniczy, a ja wyrobiłam moje sto procent i mogę spokojnie jechać do domu, gdzie czeka mnie pranie, sprzątanie i modlitwa do garów. Tymczasem, jako się rzekło, z chmury dziadów, matek, dzieci i rumunów wyłaniasz się, Książe mój z zaginionego królestwa, i zwyczajem swoim fristajlujesz na bezdechu dobry kwadrans na motywach "Ostatniej Niedzieli" Fogga, przeplatając smęt ten o braku nadziei i perspektyw wstęgą barwnej opowieści o genezie Twojej podróży środkami komunikacji miejskiej. Wgryzasz się we mnie oczyma i pachniesz osobistą traumą i cierpieniem bardziej, niż mocz Jezusa zebrany na Golgocie. Smutek wyrażony sinusoidą alkjoholowych wzlotów i upadków odbity na twarzy nosisz, jak jakiś wódz Germański dłonie swoich ofiar przypiete do paska, się chwalisz, się lansujesz, Werter był pierwszym emo, nie możesz być gorszy.
Ach, kurwa, taka jestem podła, że chyba się potnę.
Nastrój:
tagi:
Niespodziewanym dzień sie skończył, noc rozkwitła, nie wiem zupełnie, gdzie oczy podziać i twarz i gdzie uciec przed przewartościowywaniem, dokonujacym się w głowie pustej, pijackiej. Śmierdzę żurawinową Finlandią i dzieki temu nabieram wyrazu, wyraz ten to "kobiecość", o którą wprawdzie podejrzewałam się od lat wielu, jednakowoż jakoś nigdy ze mnie kobiecość nie wylazła na światło odbite, rzucone czy jakiekolwiek inne światło. Pomieszkiwała cha wie gdzie, kryła sie przed wzrokiem ludzkim jak martwe dziecko w beczce, aż tu nagle bim bom, pik pok, i jest.
Wcale nie jestem gotowa na cokolwiek, co można nazywać przymiotnikami zbiorczymi, zaimkami grupowymi, co w jakikolwiek sposób może być mnogością, z jednostkowością mi dobrze, nawet jeśli nic nie znaczę, bo nie aspiruje do bycia akurat tym kawałkiem materii, który ma znaczenie. Dajcie mi spokój i dwa metry w tył, dwa duże kroki, a może być i dwieście, byle z oczu, byle dalej. Spierdalać. nie dotykać. Nie będę cudzym urojeniem, porzucajac własne, snem o księżniczce, która księżniczką była zawsze a nigdy żabą, bez całowania proszę, w nic się nie zamienię, nie będe lepsza ani gorsza, nie bede nawet taka jak teraz, nie ugotuję, nie upiorę, nie pozwolę zjadać życia innych w imię przyzwyczajeń, poleżę i popachnę jak mi się zachce, jak mnie ogarnie fanaberia na leżenie i pachnienie, sama, sama, i cóż z tego, że nic mi się nie chce i sensu nie widzę. Nie widzę, bo mam -4,5 dioptrii i astygmatyzm.
Nastrój:
tagi:
Jak w ruskim cyrku, proszę szanownej publiczności. Klaun z kwadratową łzą i uśmiechem o promieniu r przyśrubowanym do twarzy, psy, koty i nornice, armatki wodne i malutka woltyżerka w paczce romantycznej, w jednej puencie i jednej nakrapianej jak chińska kura pończosze. Je no regrete rien, o nie.
Weltschmerz, wertepy wszelakie, drogi wyboiste i światła w tunelu, które okazały się światłami wielkiego miasta, odbitymi w pleksiglasie, wszystkie te cuda, wianki, girlandy ze srajtaśmy i perły przed wieprze doprowadziły mnie na drogi proste, prostymi słowy brukowane, a gdzie nimi dojdę, to już kurwa mój prywatny interes. Kiedy mówię, to przeważnie kłamię, bo dźwięk ma w sobie moc oszustwa, cisza jest za to prawdziwsza, tak jak ślepota. Wcale się nie zastanawiam, czy mnie proza tego wszystkiego, banalnie nazwanego rzeczywistością, nie przygważdza przypadkiem, nie zamyka, nie otacza i inne pierdu pierdu, pitu pitu, zeskrob gówno spod sufitu. Jam jest Stwórcą, i nie ma znaczenia, czy tworzę na płaskim, rozbielonym i sprasowanym kawałku lasu równikowego, czy klepiąc w czarno-srebrną klawiaturę, którą ufundował Państwowy Instytut Sztuki Filmowej, czy smarując toksycznymi farbami po ścianie. Tworzę na swoją miarę, a malutka jestem, 42 kilo, nieco ponad półtora metra wzwyż, a w zasadzie dwoje nas, niemalże troje, a takich dwóch, jak nas trzech, to nie ma ani jednego.
Ani jednej chwili mi nie żal. Chociaż rachunek sumienia wypada na bilans raczej ujemny, i mogę sobie zaśpiewać jak Doda, że tylu ludzi okłamałam, coś tam, coś tam, jednak bliższa mi przedwojenna imporeza na Gnojnej. Byle nie z rumuńskim akordeonem. Kiedy w Łodzi zaczynają na akordeonach napierdalać rumuńskie dzieci w bluzach firmy Adadas, znaczy to niehybnie, że wiosna przyszła.
Achuj, przygodo!
Nastrój:
tagi:
poniedziałek, 7.kwietnia.2008, 13:09
Już nie umrę. Już nikt nie bedzie sprawdzał codziennie rano, czy w ogóle się obudzę, nikt nie wejdzie mi pod prysznic, żeby zapytać, czy wszystko w porządku, w kiblu mogę się kisić choćby do wieczora, mogę wypierdolić wagę przez okno i wykleić sobie ściany antydepresantami. Uciekłam grabażowi spod łopaty, wiec zasadniczo mogłabym teraz zupełnie spokojnie się przekręcić.
Powinnam docenić to co mam, prawda? Bliskość śmierci tak bardzo otworzyła mi oczy, że teraz tęsknię za nią bardziej, niż za czymkolwiek innym.
Nastrój:
tagi:
Od czwartej rano zastać mnie można w pozycji horyzontalnej. Rozlewam się w przedwiosennym poranku, wbijającym się przez popsute żaluzje. Czuję się nieszczególnie i nie chce mi się wstać, myśli spływają rzeką niewiadomo gdzie i nie chce mi się na nie polować, nie chce mi się kiwnąć jakąkolwiek częścią ciała zdolną do kiwania, zastanawiam się, czy zmyć z paznokci lakier i wczorajszą szarzyznę powszedniości z twarzy. Wernisaż, bo trzeba bywać, trzeba dyskutować, trzeba uskuteczniać lans na zblazowany establishment, świecić niczym gwiazda polarna pozowaną dekadencją wśród tych wszystkich egzaltowanych idiotek.
Mój mężczyzna. Ten, z którym jestem chwilowo, między jednym a drugim gniciem w szpitalu, między krótkimi przebłyskami zdrowia w bagnie chorób wszelakich. Mój mężczyzna niesie mi pierwszą poranną herbatę. Stawia na Kępińskim, którego właśnie czytam, rozlewając rzecz jasna na płócienną okładkę brązowe bajoro ("zawsze się coś na spodek uleje...jak się nie ulało, znaczy za mało nalane było"). Wyciera pieczołowicie moim wacikiem i odkłada go tam, gdzie leż czyste. Niefrasobliwy taki. Włącza na kompie jakiś durny film, rozsiada się na podłodze wyczochrany jak podtopiona wydra, w utytłanej koszulce, która nie pamięta, jakiego była koloru w tych lepszych czasach...siedzi i bezmyślnie opróżnia słoik jakiejś pseudo-nutelli moją ukochaną, plastikową łyżeczką.
Poranki są wyciete zupełnie z innych światów, niż reszta dnia. Słowa poranne mają posmak bardziej mleczny, są bardziej świszczące, a dźwięk pęta się po ziemi, nisko i chrapliwie zakwita, z rzadka przerywając ciszę. O ósmej rano wszystko się rozpręża i jest normalnie. Są ludzie, korki na mieście, spierdolona komunikacja, otwierają spożywczy z tym dobrym, orkiszowym chlebem. Zaczyna się życie. A ja jestem zimna jak cycki eskimoski. Nie interesuje mnie nic. Leżę i zastanawiam się nad całą masą rzeczy, które nikogo nie interesują. Czy Rembrandt malował, bo mu się nudziło? Czy Bóg mógłby stworzyć tak wielką flaszkę, że nie zdołałby jej wypić? Co jest we mnie takiego, że warta jestem mniej lub więcej, niż pozostałe sześć miliardów homo sapiens? Czy ufarbować sobie włosy, czy lepiej kupić kolczyki z Hello Kitty?
Ludzie są ciekawi i nudni. Brzydkich nie ma, są tylko nijacy. Są szczęśliwi i nieszczęśliwi. Tych pierwszych podobno jest 40%. Reszta nie ma na narkotyki.
Nastrój:
tagi:
Noł noł noł, aj ejnt laing. Noł.
Dziwnym jest, że czując, jak mi Ponurej Żniwiarki oddech jezy włoski na karku, pomyślałam, ile to książek pozostanie dla mnie na wieki tajemnicą, ilu filmów nie obejrzałam do końca i nie obejrzę już, ilu ludziom nie powiedziałam w oczy tego, co płonęło na końcu języka prawdą tak obrzydliwie dosłowną, jak światło, jak cień, jak wszystko, takie wszystko, do którego już nic nie można dodać.
Brakowałoby mi nocnego gwizdu pociągów. Chociaż nie najbardziej, bo kiedy włos na karku na dobre opadł, zaczęłam się zastanawiać, za czym tęskniłabym najmocniej. Wcale nie za każdym nowym dniem, bo już nie wierzę, że przyniesie mi niewiadomo-co, opakowane w ekologiczne pudełeczko, obwiązane rafią w kolorze storczyka, który kurzem zarasta na mojej komodzie. Nie za Tobą, Tobą, czy kimkolwiek, nie za wiosną, nie za Bobem Dylanem, Waitsem, nawet nie za Nickiem Cave, nie za wódką, seksem, rokendrolem, prochami, całym tym zgubnym, dekadenckim szaleństwem na pokaz, nie za całą gamą skrajności, pomiędzy którymi nic nie ma prawa istnieć, nie za owocami morza i parmezanem, i czekoladą Lindta 99% kakało...Nie wiem nawet, czy tęskniłabym za życiem jako takim, widzi się je z innej perspektywy, kiedy się ani żyło, ani umarło, i kiedy to wszystko jest dokładnie nie pod odpowiednim kątem, nieprostopadle, nierównolegle do niczego, astygmatyzm sytuacyjny na chwilę przed ostatnim oddechem, ulatniającym się powoli z płuc. Nigdy zadne powietrze nie smakowało mi tak, jak wtedy. Nigdy żadne światło nie było tak boleśnie jasne, nie opisywało rzeczywistości tak prawdziwie i tak pięknie nie kłamało. Mogłabym umierać bez końca. Umierać, bo przecież nie umrzeć, nienażywszy się tak naprawdę.
Nienawidzę ludzi. Samemu, samemu, samemu, Pascal też coś na ten temat bredził, więc skończę się przejmować tym, że poza mną jest tego gnoju sześć miliardów na ziemi. Bo niby czemuż mam, bo skoro ja ich cha, to oni mnie tym bardziej. Bo coś mi się stało w życie. Bo przestałam widzieć światło przez dziurkę od klucza, jak więzień. Bo wyszłam i zaświevciło prosto w oczy. I zbyt jasne jest, by dostrzec, jaki swiat jest w gruncie rzeczy plugawy.
Wakacji chcę. Od ludzi i od umierania.
Nastrój:
tagi:
Hej hej, umowna data, pierwszy zero jeden dwa tysiące i osiem, to już jaki czas temu, trzeba porachować kości i sumienie. Tego drugiego nie uświadczysz w bycie zwanym potocznie M.N.Ą., kości zaś u mnie dostatek, większy, niźli wśród wojsk Jagiełły mieczy pornograficznie nagich. Kiedyś w okolicach umownej daty wypisywałam sobie różne zachciewajki na kolejne 365 dni, opcjonalnie 366, bo i tak bywało, wypisywałam, i wszystko to dawało mi poczucie, że oto ku czemuś zmierzam, lepszemu ma się rozumieć, a potem tylko pustym śmiechem kwitowałam ten cały bełkot w okolicach kolejnej daty umownej, i zapijałam frustrację wyrosłą bujnie na tej próchnicy alkoholem różnorakim.
Zamiast w przyszłości odmętach grzęznąć w nadziei, że coś w miarę stabilnego uda się znaleźć, między jedną a drugą flaszką wlepiałam się w sufit oczyma i cofałam w grzęzawisko trzystu sześćdziesięciu pięciu dni minionych, celem podsumowania tychże (stanowczo za dużo przebywam w towarzystwie nadmiernie leksykalnie rozhulanego mości księcia, co widać, jako że słownik mój wzbogacił). Wniosek wysnułam jeden, co w stanie upojenia alkoholowego towarzyszącego temuż procesowi i tak cudem jest. Joł.
Okazałam się z emocji wyprana, wykrochmalona i ogólnie zimna sucz, jak ten Chopin warszawski, zapatrzony chuj raczy wiedzieć gdzie i po co. Nie chodzi nawet o to, że przyjaźnie niszczę, że złudzeń pozbawiam, i że ukradłam ze sklepu misie żelki. Otóż Śmierć dnia pewnego przyszedł i po ramieniu mnie poklepał, i uśmiechnął się na tyle, na ile to możliwe u kogoś, kogo twarz nie posiada zbyt wielu części umożliwiajacych mimikę, a ja, zamiast w trwodze klepać zdrowaśki na potęgę, z językiem sztywnym jak kołek, myślałam tylko, w czym mnie do grobu wpakują, i czy aby żałobnicy larum wystarczająco głośno podniosą, żeby wiadomo było, że geniusz nad geniusze ze światem się pożegnał. A tu dupa i gówno, jako że zawsze muszą iść w parze. Wszystko dlatego, że za mało było rokendrola a za dużo ambicji naukowych, więc zamiast zostać heroinistką i pozapadać sobie żyły, uniemożliwiając tym samym zainstalowanie kroplówki, wolałam dywagować nad dwoistościa natury Wokulskiego.
Dlaczego jestem dla siebie taka niedobra? Bo wszyscy dookoła za bardzo z zachwytu nade mną piej. A bez goryczy do nieba nie trafię. Niby można cykorię jeść, ale...
Nastrój:
tagi:
Silk Cut. Cutty Stark. Jack Daniels. Daniel Davey. Peter Gabriel. I otwarcie sezonu snowboardowego we czwartek.
A ja pachnąca kawą mieloną świeżo zlizuję poranki z Twoich sinych ust, za sprawą jesieni światu spada saturacja, piąta rano wciska w morderczo blady styropian sufitu, chciałabym wygrać w totolotka resztę życia z Tobą i trochę pieniędzy na jakieś papierosy czy coś, żeby tak z pustym ryjem nie siedzieć i móc czasami po burżujsku iście zapychać jelita latte macchiato z serduszkiem z pianki i czekoladowego likieru.
43. I z myśli moich ulatujesz, i kawa, i papieros zostaje, uwieszony wargi pobladłej jak rozbitek chwasta wyrastającego ze skarpy, przypływ-odpływ, dzięki Ci Boże za ziele senesu, bo ja nie umiem normalnie, po ludzku, z umiarem, bo albo czerń czarniejsza niż pod powieką zamkniętą w czarnej trumnie wyściełanej czarnym atłasem i zakopanej w czarnoziemie w Czerniakowie Podbeskidzkim, albo biel bielsza, niż kości albinosa, a odcienie szarości nie istnieją. Ja zresztą też nie, twarz mam zbyt żółtą nawet na photoshopa, ładnie kontrastuje z broszką fioletową, fin de siecle z Rossmana za 12,99 i cha w de, i pobłogosław mnie Panie, wyskocz z pudełka krakersów, zakwitnij i pozwól być lżejszą niż płatek śniegu, znów ważyć niezmienne 35 kilo, a jak się rozpędzisz, naucz mnie jeszcze w sekund trzynaście biegle francuskiego, chcę być krucha jak flakonik dusznych perfum Coco Chanelle i jej językiem napierdalać fristajlem o tym, jak mnie przekurewnie boli głowa.
Nastrój:
tagi:
Śnieg się srebrzy pod bucikiem, pod oficerką, defiluję jak cała zasrańcza armia osmarkanych hitlerowców, spośród których Hitler był najgorszy, i jakże niebywale aryjski. I w jeden but pakuję obie nogi, taka nieprawdopodobnie eteryczna jestem, byłam lżejsza niż oddech, przezroczysta i nie kalałam odciskiem tegoż kozaka ziemi, nawet wpierdalając się w błoto, bo mocno wiało.
A ja mogę się schować za łopatą, a ze mnie można w razie potrzeby zrobić linkę holowniczą, a za mnie modliła się obca pani na ulicy, a ja cierpiętniczo wykrzywiona mam was wszystkich gdzieś, nie od tego jestem, żeby się światu podobać, żeby robić mu przyjemność. Chuja tam, a ja na złość światu ucho sobie odetnę i będę paradować w kabaretkach od grudnia do marca, i z tandetnymi motylkami w resztkach włosów, bo mam taki kaprys tudzież kilo fistaszków, a także butapren w szufladzie, co nie ma absolutnie żadnego związku z powyższym, poniższym ani nawet z czymkolwiek.
Mam w sobie najwyżej litr krwi i wory pod oczami mi dyndają aż po kolana szersze niż talia, roztyli mnie specjalnie, patałachy, i teraz co rano umieram na poczucie krzywdy, chociaż w żadnym megahiperzajekurwabistym sklepie z ciuchami nie przewidzieli, że u dziewczęcia takiego wzrostu może wystąpić takie płaskodupie tudzież niedorozwój poślada. Za to kupuję podkolanówki, a mam pończochy. W grochy. Karczochy.
I depresję. Albo też zaburzenia depresyjne nawracające. Z tego powodu nie mogę osignąć wzwodu. Tralala. Bataille wielkim pisarzem był.
Nastrój:
tagi:
A
sobota, 17.listopada.2007, 15:38
Ja mam 20 lat, Ty masz 46, przed nami siódme niebo.
Może być zresztą sygnowane każdą inną cyfrą, matematyka nie ma znaczenia, zaczepiasz się o mnie błyskiem oka w kolorze inteligencji i wystarczy mi za wszystkie nieba świata, i góry, doliny, wierzby płaczące i widok pałającej panieńskim rumieńcem dzięcieliny, że gryki jak śnieg białej nie wspomnę.
I machasz mi nad głową jak nastoletnia gimnastyczka, zwinnie, płynnie wstęgą fascynacji, więc biegnę za tym białym królikiem, mimo skurczów mięśni, mimo że płuca już nie chcą powietrza zasysać, kowalskie miechy chwilowo out of order, i winda out of order, chociaż to hotel Ibis, wyższa pierdolencja, prawie jak wiejski Ritz czy Hilton. I pachnie przytulnością i spokojem rodem z promocji w Lidlu, i Tobą, czyli w tej chwili kaczką po pekińsku, którą zamawiałeś wczoraj pod markizą kawiarni i śnieg skrzył się podkreślając, jak bardzo niedorzecznym jest Pekin i kaczka w środku zimy, i że raczej wypadałoby poszukać na miecie dziupli, w której dają zrazy z foki. No więc zżarłeś bezwstydnie całą kaczkę, oddając mi sałatkę i grzyby shiitake z pomarańczami, no więc sos sojowy, bambusy i stoliczki z laki, i ten Ibis nieszczęsny, i zawieszka na drzwi z opcją dla nietutejszych du not disturb, grzecznie, kurwa, prosim, i w szlafrokach z mokrymi włosami i w zaparowanych okularach pijemy Stalinove Slzy, ja na parapecie, Ty od ściany do ściany. Nie musisz nic mówić, kiedy mi cała ta bezosobowa przestrzeń śpiewa, że jeżeli po coś, to właśnie dlatego, żeby Ciebie znaleźć. Niemiłośnie zupełnie, niefizycznie, przyjacielu drogi.
Tamże
Nastrój:
tagi:
A wszystkie słowa jak larwy jedwabnika śliskie były i widziadłem półpłynnym, a potem wyzdychały i pies je jebał, plastik fantastik i barwione syntetycznie chrupki do mleka w obrzydliwie toksycznych kolorach z dna piekła, gdzie się wszystko świeci jak psu jajca, taki miałam sen, a tam Ty kropka w kropkę taki sam jak tors od manekina gadałeś nakręcone "kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię" i jednym tchem potem "Jaciebieteż" odpowiadałam, właśnie tak łącznie, bo to jeden wyraz, bo tak, oddawaliśmy się łazienkowym rozpustom w olejku waniliowym, moje rozpustne suche ciało, moje żyły bez obudowy, moje ja bulgoczące do rytmu połamanego ze starego radia marki Kasprzak, o kurwa, skąd ja w domu mam taki oldschool.
Dzień dobry. Nazywam się Joanna, mam lat dwadzieścia dwa i słabe widoki na więcej. Liczba czternaście chyba u chińczyków jest mocno pechowa. W równaniu z jedną niewiadomą jestem ja i czternastka, jest moja anoreksja, mogę się lansować kartą choroby, gdzie po łacinie mam niezgrabnie ponazywane wszystkie moje demony.
"Czy zdaje sobie pani sprawę, że przy wzroście 171 cm powinna pani ważyć przynajmniej 50 kilogramów?"
"Dlaczego?"
Jestem taka lekka, że możesz bez wysiłku specjalnego wydmuchnąć mnie na orbitę, będę sobie latała w kółko a potem eksploduje, będzie jeszcze idealniej pusto, nie ma rzeczy niemożliwych, stawiam moją rzeczywistość równoległą z klocków w kolorze śliwkowym, z lekką domieszką amarantu, z olejem z płetwy rekina i różanego smrodu papierosów. Nie mów mi, że się zabijam, bo może właśnie tak chcę oddychać, może właśnie kwiaty namalowane przez mróz na szybach chce dostać bez okazji, a nie jakieś pedalskie frezje, chryzantemy złociste, pelargonie naparapetne. Może wcale nie potrzebuję, żeby ktoś patrzył na mnie i w podziwie omdlewał, może wystarcza mi, kiedy stare babcie ustępują mi miejsca w tramwaju, bom w pełnym rynsztunku, i usta śliwkowe, słodkie powidło, i wanilią pachnę i znika każda wypukłość mojego ciała, tak bardzo sama siebie wsysam do środka, tak bardzo jestem głodna. A jak zniknę zupełnie, namalujesz mnie sobie na papierze pakowym tymi kredkami akwarelowymi, koniecznie w odcieniach różu i fioletu i zapakujesz sobie we mnie rybę, i będziesz ją nosił w kieszeni. To czyń na moją pamiątkę.
Nastrój:
tagi:
39,5
środa, 19.września.2007, 20:05
Dobry wieczór. Witamy w programie "Nie ufaj rodzicom, niedojeb się sam". Tralala, i cel osiągnięty, i nogi mam chudsze niż wszelkie cienkie nici nonsensu płynące swobodnie nad moją pustą głową, i nie jest mi z tym wcale lepiej, niż gdybym była świńską racicą w galarecie zakiszoną w zielonym groszku tudzież kukurydzy Bonduelle, która tak rozkosznie śpiewa bez sensu.
Gdzieś znikasz, rozmywasz się, rozlewasz, trala la la, nie rozumiesz i rozumieć nie chcesz, jak ciężko wyszarpać z siebie właśnie to wczepione w trzewia pazurami najgorsze zło autodestrukcji, która śpiewa tak nadobnie, że doskonałość to bycie dziś lepszym niż wczoraj, chociaż przeczy to logice, kiedy z dnia na dzień mnie mniej, kiedy znikam i tak naprawdę nie wiem za bardzo, czy jestem jeszcze, czy to rojenia jakiejś pozbieranej z gówna i petów resztki materii, która nieszczególnie może się zdecydować na istnienie określone czymkolwiek.
Mam koszulkę z Hello Kitty, której już nie zobaczysz, mam Twoją książkę, którą wyślę kurierem za ostatnie pieniądze odłożone z dawno zapomnianego stypendium, mam na sobie Twój ulubiony zapach masła kakaowego, po który może zechcesz wrócić, który może zastpi Ci mnie taką, jakiej już nie ma, jakiej szukasz gdzieś między moimi pustymi oczyma ubranymi w smętne wory, a każdym pachnącym majem przedwczoraj. Dokąd odeszłaś, księżniczko?
"Chciałbym z Tobą zatańczyć, ale nie mam prawej nogi.
To ja to ja, Pan Młynek Kawowy"
Nastrój:
tagi:
Mam kilka przyziemnych marzeń i kilka uzależnień niemniej prozaicznych i ludzkich, chociaż bardziej jestem porcelanowa, niż opoczańskie pastereczki zastygłe na kredensach z wiecznie zdziwionym serduszkiem paryskobłękitnych ust. Motyl trzepocący w mojej aorcie rozdrapuje ciepłe kakao skóry i chce bliżej gwiazd, samobójczo, i z patosem, romantycznie do obrzydliwości, przykleić się watą cukrową do światła.
Ważę 45,7 kilo przy 170. centymetrach wzrostu. Mam 76 cm w biuście, 57 w pasie i 83 w biodrach.
Marzy mi się sok marchewkowy jednodniowy tu i teraz koniecznie, kurwa mać, na roztopionym asfalcie, między ruską wycieczką zachłyśniętą nieodresturowanym eklektyzmem łódzkiej ulicy, a budką ze skarpetami, pończochami i nanożnymi przedmiotami rozlicznego autoramentu. I piekarnio-cukiernią Bliklego po lewo, gdzie tłusta locha wpierdala pączka za pączkiem i zaraz nastąpi eksplozja, big bang, i z jej rozsadzonego celulitu powstanie nowa galaktyka, droga mleczna z jej komórek tłuszczowych prowadząca do wielkiej geoidy, zbudowanej z twardej i obrzydliwej treści żoładkowej, obleczonej w białe, przepocone spodnie z brokatowym napisem "chic" na gigantycznym zadzie. O ironio. Chciałabyś tak jak ja, nie zostawiać sladów na śniegu, kiedy idziesz, co, gruba krowo?
Marzy mi się ten sok, bo trzeci dzień na kawie i papierosach to pełen rock'n'roll, na który niespektakularnie umrę z głodu, za dzieci w Afryce i ich sandały z trzciny cukrowej. I będę prawdziwie celebrity bardziej niż Weronika Rosati i jej natapirowane kudły, w mojej anorektycznej trumnie rozmiar 34, żyły bez obudowy a w koszu dłoni stokrotka, boleśnie dysonująca ogromem swojej formy z moim idealnym nieistnieniem. A środek trumny w różowego ocelota, wszystko sponsoruje Pogo Dizaster Skateshop, Piotrkowska 79.
Jestem uzależniona. Od Ciebie. Od gumy do żucia. Od papierosów i odchudzania. Idealnie się mieścisz w ramach mojej psychozy.
Nastrój:
tagi:
Jestem pusta, jestem silna, jestem piękna. Idę po śniegu skrzącym mgławicami i nie zostawiam śladów. Płyniesz we mnie mleczną rzeką, zabierasz siły, kradniesz oddech, rozlewasz się słodko malinowym koktajlem wprost na przyciężkie niebo. Nie chcę go zlizywać, chcę patrzeć, jak kapie i zamarza.
Tak bardzo Cię kocham, tak banalnie, że o kurwa ja pierdolę w dupę mać, kiedy każesz mi rzucić palenie, kiedy nie możesz patrzeć, jak się zabijam i jaka jestem w tym doskonała, jak opanowuję śmierć do perfekcji, jak rozpadam się niczym fresk, kawałek po kawałku osypuję pod Twoje stopy i zamieniam w pył. Diabeł ubiera się u Prady, ja ubieram sie w czarne rurki, rozmiar 34, od góry rozkosznie w różu i szarościach kontrastujących z twarzą, Cute As Fuck, Luka Bandita. Patrzę w wyszczuplające lustro i widzę jak mówisz, że dla żadnych łososi i mglistych fiordów mnie nie zostawisz, obojętnie jak bardzo przygniatająco piękna jest Finlandia, nie teraz, nie nigdy, no more shall we part po prostu, bo teksty Nicka Cave'a wiszą nad nami jak miecz Domoklesa i ani myślą spaść, przecinając powietrze, pachnące deszczem.
Nastrój:
tagi:
Upijam się najczerwieńszym winem, z Tobą bez Ciebie, najciszej upijam się powietrzem i zapachem cynamonu, a Ty przytulasz mnie, zgniatasz lodem miłości w pasie, w biodrach, zlizujesz piankę Caffe Latte Macchiato z moich piersi, a ja chcę być najlżejszym oddechem, zimnem Twoich dłoni, zamknięta w więzieniu ramion, bezpieczna, najmniejsza na świecie, niewidzialna, ulotna, w sukience z falbanką i Hello Kitty, z pajęczyn światła i kropli deszczu, chcę być tęczą, znaleźć dom w Tobie i tam się skończyć.
W katedrze splecionych żeber, krzyczących wciąż i wciąż rozpaczliwie o powietrze i bitą śmietanę chmur letniego nieba mam studnię z kamienia, w którym umiera światło, a tam z porcelany serce malowane w drobne kwiatuszki, jestem delikatna, jestem tylko człowiekiem, tylko małą dziewczynką, która bluźnierstwa spowija w wanilię tytoniowego dymu, wulgarną i rozerotyzowaną dziewczynką, zakutą w czerwone kajdanki.
Pod pleksiglas cienki na piersi przypinasz mi skrzydła motyla, czuję jak trzepocze arytmią i nierówno pompuje krew i powietrze kradnie, więc robię balony z gumy różowej, rozczochrana, z mętnym wzrokiem i chcę tylko Ciebie, wyrzeczeń, łez bez powodu, świata zapachów zastępujących smak, niezłomnej woli i Twoich twardych objęć.
Zamień moją nienawiść w obojętność, w apatię, w najbledsze piękno porcelany, nie chcę widzieć, nie chcę czuć, chcę umrzeć na piękno.
"Pastel-white features,
high cheek-bones,
scarlet-blooded lips and deathly tones.
The girl of my nightmares,
sultry and corpse-like."
Biję się między oczy strachem, czerwoną wstążką oplatasz mój nadgarstek, czterdzieści i cztery imię jego, chcę mieć na imię tak samo. Na razie nazywam się czterdzieści osiem i pół.
Nastrój:
tagi:
Mój Profil
Podlinkuj
2005
maj (3)
czerwiec (5)
lipiec (4)
sierpien (8)
wrzesień (5)
październik (5)
listopad (4)
grudzień (4)
2006
styczeń (5)
luty (2)
marzec (4)
kwiecień (6)
maj (6)
czerwiec (6)
lipiec (5)
sierpien (6)
wrzesień (4)
październik (4)
listopad (2)
grudzień (2)
2007
styczeń (3)
luty (3)
marzec (6)
kwiecień (4)
maj (3)
czerwiec (2)
lipiec (3)
wrzesień (1)
październik (1)
listopad (2)
grudzień (1)
2008
styczeń (1)
luty (2)
kwiecień (2)
czerwiec (2)
brak kategorii (126)
wszystkie (126)




































Sounds
Tom Waits
Alesana
Vavamuffin
Leningrad Cawboys
Lostprophets
Leningrad
Frank Zappa
No One Goes Home
Mindless Self Indulgance
Etna
Ziggy Marley
NLM & Steiger Int.
Jefferson Airplane
Alexionfire
La Coca Nostra
Naaman
Sizzla
Kiss:)
Nick Cave
Nick Cave
Gogol Bordello
Blood Or Whiskey
Bob Dylan
Dresden Dolls
The Kooks
Hollywood Undead
Jefree Star
NDK
Mozart:)
Chopin
Debussy
Czajkowski
Diamanda Galas
Garbarek tata:)
Garbarek córka
Einsturzende Naubauten
Movies
Corpse Bride
Dudok :*****
Nightmare po raz drugi:)
Wenders
Spike Lee:)
Caouette
Pixar
Bergman
Murnau
Herzog
Moje ziomki:)
Nightmare Fanpage
Greeneway
Tim Burton
Cunningham
Norman McLaren
Romuś:)
Rocky Horror Picture Show
Baby Snakes
Fellini
Andy Warhol
Tarnation
Disney
Others
Rygorystyczne
Nieszablonowo
No-censoir
Zrobiłam przy użyciu osobistych palców, klawiatury oraz programu Photoshop CS2, jak również własnej mordy sfotografowanej przez się. Nie kradnij, pójdziesz do piekła.